Nadeszła już wiosna, co najłatwiej w dzisiejszych czasach zauważyć po kolejkach w warsztatach samochodowych, gdzie wymienia się opony na letnie. Sam też przyłączyłem się do tego grona i wybrałem się do warsztatu na umówioną dużo wcześniej wizytę.
Przytachałem z piwnicy opony, wcisnąłem do bagażnika samochodu i pojechałem. Warsztat do którego przyjechałem to jedna z tych nowoczesnych stacji szybkiej obsługi umieszczonych przy supermarketach.W warsztacie przywitał mnie sympatyczny pan i po odnalezieniu mnie na liście zaczął spisywać zamówienie. I tu czekało mnie kilka niespodzianek.
Zaproponowano mi wymianę zaworków. Pierwszy raz w życiu o tym słyszę (przyznaję - nie znam się na samochodach) - dopytuję się więc. Według obsługującego mnie sprzedawcy trzeba to robić raz na rok. Ups, mam kilkuletnią zaległość, wobec tego zamawiam. Następne pytanie - pompujemy powietrzem czy azotem? Ups, znowu nowość. Dopytuję się więc o różnice. Azot ma podobno lepsze właściwości. Guma się wolniej zużywa a poza tym ciśnienie mniej się zmienia przy zmianie temperatur. Tu zapala się światełko alarmowe - zużycie, hmmm... no może, ale przecież ciśnienie jest chyba niezależnie od rodzaju gazu (p=nRT/V). Biorę powietrze (za darmo).
Ale najciekawsze przede mną. Podczas wymiany mechanik uznaje moje letnie opony za sparciałe i proponuje zakup nowych. Zakup w przywarsztatowym sklepie - sześćset złotych. Pewnie bym się złamał, gdyby nie ten azot. Czujność się we mnie wzmogła - szybko konsultuję się telefonicznie i decyduję się na pozostanie przy moich starych letnich oponach.
Ale mechanik też nie jest miękki - odmawia wymiany! Twierdzi, że on ich nie wymieni, bo na takich oponach nie powinno się jeździć. Na prośbę o wyjaśnienie mówi, że on jest mechanikiem, na oponach się zna i że powinienem je zmienić. Ponieważ z natury jestem przekorny, więc też się uparłem. Do rozstrzygnięcia potrzebny był kierownik, który w ostateczności zgodził się na mój wariant, dając jednak wyraz swojemu niezadowoleniu.
Wyszedłem z poczuciem zniechęcenia i niesmaku. Po pierwsze czułem, że nie przedstawiono mi spraw rzetelnie. Oczekiwałbym wyczerpujących, wiarygodnych i prosto przedstawionych wyjaśnień, a tu od razu namawiano mnie na konkretne rozwiązanie. Co więcej w ogóle nie szanowano mojego zdania. To mój samochód, moje opony i moje bezpieczeństwo! Nawet jeśli znam się od mechanika gorzej, to ja chcę podjąć decyzję! Chętnie przyjmę rekomendację, ale za bezczelność uważam dezaprobatę ze strony mechanika w stosunku do mojego wyboru!
Klient w kontakcie z informatykiem jest w znacznie trudniejszej sytuacji niż kierowca z mechanikiem samochodowym. Często rozmowa dotyczy rzeczy, które dla programisty wydają się proste, oczywiste, jasne, natomiast dla klienta są trudne i bardzo abstrakcyjne. Klient znajduje się wtedy w bardzo niekomfortowej sytuacji: nie wie czego naprawdę potrzebuje (na cholerę mi ten azot?) i nie jest w stanie samodzielnie ocenić sytuacji (czy na pewno te opony są zużyte?). Ma poczucie tracenia kontroli, mimo tego, że to jego projekt, jego produkt, jego pieniądze. Szybko wyczuwa zniecierpliwienie programisty i odbiera to jako brak szacunku. Kończy się to niechęcią do informatyków, ograniczaniem kontaktów, brakiem zaufania.
Jak można najlepiej pomóc naszemu klientowi? No cóż - a czego oczekujemy od naszego mechanika?
Bezpiecznie jest działać według takiego ramowego scenariusza:
Zwłaszcza, że nie zawsze moje najgłębsze przekonanie okazywało się na koniec dnia słuszne :)
Pytania do Was: